STANISŁAW ABRAMCZYK
Korekta obrazu konspiracji


Działalność konspiracji lat 1939-45 wciąż interesuje opinię publiczną, należy zatem z uznaniem witać każdą publikację jej poświęconą. Zwłaszcza gdy urealnia i wzbogaca naszą wiedzę. Wymogi te spełnia w znacznym stopniu książka Janusza Wilczura-Garzteckiego „Armia Krajowa i nie tylko. Za i przeciw.” (Wyd. .XXL. Wrocław 2006). Autor był podczas okupacji zastępcą szefa Referatu „Sonda” w Kontrwywiadzie Komendy Głównej Armii Krajowej. Zadaniem liczącej 60 osób „Sondy” było dozorowanie i rozpoznawanie organizacji niepodporządkowanych Delegaturze Rządu i Armii Krajowej. Nie zajmowała się ona Polską Partią Robotniczą i Gwardią/Armią Ludową, bo praca na tym odcinku należała do najbardziej licznego kadrowo (150 osób) w Kontrwywiadzie ZWZ/AK Referatu „Korweta”, którego szefem był Stanisław Ostoja-Chrostowski. Wiedza zaprezentowana przez Janusza Wilczura-Garzteckiego koryguje i znacząco uzupełnia informacje, odnoszące się do ówczesnych organizacji konspiracyjnych. Ze względu na wielość wątków książki, ograniczę jej prezentację do istotnych aspektów powstania warszawskiego.
Konspiracyjne struktury organizacyjne, które wzbudziły szczególną uwage wiceszefa „Sondy”, to: Konwent Organizacji Niepodległościowych, Obóz Polski Walczącej i K7 ( Komitet Siedmiu). Konwent - mimo sugerowanej mnogości podmiotów zbiorowych - był jedną organizacją, a jego nazwa nawiązywała do dawnego pomysłu Józefa Piłsudskiego, który dążył do powołania „Konwentu A” (mającego sterować potajemnie partiami politycznymi lewicy) i „Konwentu B” (mającym sterować potajemnie partiami prawicy). Powstał wtedy jednak tylko „Konwent A”, który odegrał pewną rolę w piłsudczykowskim przewrocie majowym 1926 roku.
Konwent Organizacji Niepodległościowych, stworzony podczas okupacji hitlerowskiej, to - według ustaleń wiceszefa „Sondy” - organizacja skrajnie piłsudczykowska, wroga rządowi emigracyjnemu Władysława Sikorskiego. Jego przewodniczącym był płk Wacław Lipiński, oficer II Oddziału, który w 1939 r. pozostał w Warszawie, i - co zdumiewało - okazał się doradcą politycznym gen. Tadeusza Pełczyńskiego, szefa sztabu Armii Krajowej, czyli głównej organizacji podziemnej, mającej realizować politykę naczelnego wodza i premiera gen. Władysława Sikorskiego. Z Konwentem Lipińskiego współdziałał płk Jan Rzepecki, szef Biura Informacji i Propagandy (VI Oddział) KG AK, który m.in. przydzielił mu drukarnię o wysokiej wydajności.
Obóz Polski Walczącej, na którego czele stał przedwojenny wiceminister komunikacji Juliusz Piasecki, uznawał się za zaplecze polityczne Edwarda Rydza-Śmigłego. Organizacje te reprezentowały dwa skłócone ze sobą pokolenia sanacyjne, mające sprzeczne interesy. Kolejną - rozpoznaną przez kontrwywiad AK - organizacją był K7, na czele którego - od utworzenia go na wypadek okupacji kraju przez Trzecią Rzeszę - stał przedwojenny szef II Oddziału Sztabu Generalnego WP, płk Tadeusz Pełczyński, teraz w randze generała szef sztabu KG AK. Do K7 należał m.in. rotmistrz Tomir Drymmer, również oficer II Oddziału, przed wojną pracujący w MSZ, kierowanym przez płk Józefa Becka (wcześniej szefa II Oddziału). Jak to określił autor książki, Komitet Siedmiu był organizacją skupiająca prominentnych funkcjonariuszy sanacyjnego wywiadu, mającego formować zręby podziemia podczas okupacji. Tworzył także szlaki kurierskie na Zachód, przez Węgry i Rumunię.
Zatem wysocy rangą i znaczeniem oficerowie sanacyjnego wywiadu - pod niejawnym szefostwem gen. Tadeusza Pełczyńskiego - tworzyli strukturę decydującą o sprawach podziemnego państwa polskiego, pozostając jednocześnie w ostrej, skrzętnie kamuflowanej, opozycji do rządu gen. Władysława Sikorskiego. Ale rozpoznawszy te powiązania i cele, zastępca referatu „Sonda” uznał za bezcelowe powiadamianie o tym swojego szefa rotm. Stanisława Sławińskiego. „Napisanie meldunku do przełożonych - rozumował ówczesny ppor. Janusz Wilczur-Garztecki - nie miało sensu, bo trafiłby on do rotmistrza Sławińskiego. On by go przekazał „Oskarowi”, czyli Bernardowi Zakrzewskiemu - szefowi kontrwywiadu, a szef kontrwywiadu podlegął bezpośrednio szefowi sztabu. Czyli mój meldunek demaskujący kontakty Pełczyńskiego trafiłyby do rąk Pełczyńskiego i taki byłby mój koniec. Mogę być szalony, ale nie głupi!” (s.17) Wprawdzie udało mu się, przy użyciu ryzykownego fortelu, sparaliżować na kilka miesięcy działalność Konwentu Organizacji Niepodległościowych, ale to było wszystko.
Wiosną 1944 r. przewodniczący Konwentu płk Wacław Lipiński został nagle aresztowany przez samego speca od spraw polskich, hauptsturmfuehrera dr. Alfreda Spielkera, szefa Referatu IV AS Gestapo w Warszawie. Spielker - co świadczyło o wyjątkowym znaczeniu tego aresztowania - nie podlegał szefowi miejscowego Gestapo, lecz bezpośrednio Berlinowi; zajmował się tylko sprawami o wyjątkowym znaczeniu (podobnie, jak jego odpowiednik na dystrykt radomski, hauptsturmfuehrer Paul Fuchs, zwany „Lisem z Radomia”). Spielker przetrzymywał Lipińskiego przez miesiąc w urzędzie Gestapo w Alei Szucha w Warszawie. Potem - według ustaleń Wilczura-Garzteckiego - „załadował go do samochodu, zawiózł pod dom, gdzie Lipiński mieszkał i wysadzając go powiedział: - Panie pułkowniku, zwalniam pana, ponieważ działalność pana i pańskich kolegów jest pożyteczna dla Wielkiej Rzeszy Niemieckiej” (s.19)
Zdaniem autora książki : „Było to oczywiste! Jeżeli ktoś prowadził działalność wrogą Sikorskiemu, Delegaturze Rządu i całej strukturze państwa podziemnego, do której „Konwent” był w opozycji, to rzeczywiście dla rozsądnego i myślącego oficera, jakim był doktor Spielker, było to bardzo pożyteczne. Wysłanie Lipińskiego do Oświęcimia byłoby politycznym i taktycznym błędem” (tamże ). Lipińskiego, który opowiedział swoim zaufanym o „przygodzie” ze Spielkerem, odsunięto od ziałalności w Konwencie Organizacji Niepodległościowych i wysłano na prowincję, gdzie przebywał do powstania. Spielker dał jednak do zrozumienia ludziom, związanym z Konwentem, że jest on dla wywiadu niemieckiego całkowicie „przeźroczysty”. Ale - co wynika także z innych informacji - nie tylko on był „przeźroczysty”. Agentura Gestapo dysponowała wiarygodnymi i uzyskiwanymi na bieżąco informacjami m.in. z ważnych narad i spotkań organizacyjnych w konspiracyjnym lokalu KG AK przy ul. Mokotowskiej róg Wilczej w Warszawie (zob. St. Abramczyk, „Lis z Radomia”, „Dziś” 2003 nr 3). Policyjne i wojskowe służby specjalne Trzeciej Rzeszy miały zatem możliwość oddziaływania na znaczące ogniwa konspiracji polskiej. I wykorzystywały je skrzętnie.
Omawiana książka koryguje i urealnia także wiedzę o powstaniu warszawskim, i to w wielu istotnych aspektach. Ukazuje m.in., że głównym celem powstania było ulokowanie w Polsce rządu Stanisława Mikołajczyka. Takie stwierdzenie oparł autor na zwierzeniach pełnomocnika Mikołajczyka w kraju, potwierdzonych wiadomościami z powojennej analizy materiałów archiwalnych. Tym pełnomocnikiem był Tadeusz Szeląg, dowódca doskonale zorganizowanych i uzbrojonych Oddziałów Specjalnych Batalionów Chłopskich, będących odpowiednikiem akowskiego Kedywu. Według Szeląga, porozumiawszy się z ówczesnym komendantem głównym AK gen. Tadeuszem Borem-Komorowskim, Mikołajczyk liczył, że przy użyciu tych oddziałów BCh, po zwycięskim powstaniu w Warszawie, obejmie władzę w Polsce. Wilczur-Garztecki pisze: „Pewnego razu w zimie 1943/44 Tadeusz (Szeląg) zaprosił mnie i zaczął opowiadać, że premier Mokołajczyk powołał Rząd Narodowy w Polsce, na czele z wicepremierem i kilkoma ministrami. Wicepremierem jest właśnie on, Tadeusz Szeląg i on to właśnie ma skompletować Krajową Radę Ministrów! W związku z tym na Ministra Obrony Narodowej już został powołany polityk, twórca SOR (Socjalistycznej Organizacji Bojowej), Leszek Raabe, czyli organizacji, która była wprawdzie podporządkowana AK, ale zachowała swoją autonomię, swoich własnych dowódców. Wymienił jeszcze kilka nazwisk osób wybranych na kolejnych ministrów. Mnie zaproponował stanowisko Ministra Bezpieczeństwa, ponieważ wiedział, że jestem oficerem kontrwywiadu, więc uważał, że ma do czynienia z fachowcem, który świetnie się do tego nadaje. (...) Tadeusz opowiadał, że w całą sprawę wciągnięty jest Bór-Komorowski, ponieważ w tym całym układzie obiecano mu stanowisko Wodza Naczelnego” (s. 64-66). Co do przybycia Mikołajczyka, to: „Koncepcja była taka, że gdy w Warszawie wybuchnie powstanie i zostanie oczyszczone lotnisko, wyląduje Mikołajczyk, ujawni Rząd Narodowy, zdezawuuje Londyn i będzie pertraktował ze Stalinem, już z pozycji premiera Rządu Narodowego mieszczącego się w Warszawie, na suwerennym terenie oczyszczonym z Niemców. Rozmowy ze Stalinem odbywałyby się na całkiem innej stopie niż z dalekiego Londynu, gdzie pozycja emigracyjnego rządu stawała się coraz bardziej chwiejna. Lada moment alianci mogli wycofać poparcie dla tego rządu, a takie tendencje faktycznie pojawiały się od chwili śmierci generała Sikorskiego” (s. 66).
Potwierdzenie wiarygodności zwierzeń Tadeusza Szelaga znalazło wyraz w dokonanej po wojnie przez Wilczura-Grzeteckiego analizy depesz „Stema” (okupacyjny pseudonim Stanisława Mikołajczyka), znajdujących się wówczas w Zakładzie Historii Partii. Były w nich m.in. polecenia „Stema” w sprawie wypłacenia Szelągowi (bez pytania, na jaki cel) np. 5 tys. dolarów w złocie, czy przekazania mu (bez uprzedniego otwierania) konkretnego kontenera, przysłanego z Londynu. Za dowód na to, że Szeląg był pełnomocnikiem Mikołajczyka w Polsce, autor uznał także fakt, że pierwszą osobą, z którą Mikołajczyk spotkał się, przybywszy do Warszawy po rozmowach ze Stalinem, nie był Bierut czy Osóbka-Morawski, lecz właśnie Szeląg.
Powstanie jednak upadło, bo w ówczesnej sytuacji nie miało żadnych szans. A przyczyn jego klęski należy szukać przede wszystkim po stronie tych polityków i wojskowych polskich, którzy je wywołali. Już samo przygotowanie do powstania było - w opinii autora książki - półjawne. Niemcy - odnotował na podstawie także własnych obserwacji -dokładnie byli zorientowani o wszystkim i z góry podjęli odpowiednie działania przeciwpowstańcze, jak choćby likwidowanie składów broni, które mieli namierzone, ale przez długi czas ich nie ruszali, pozostawiając pod czujną obserwacją. Jednak tuz przed powstaniem zlikwidowali kilka dużych składów broni i amunicji na terenie Warszawy” (s. 60). Zorganizowali także, jeszcze przed wybuchem powstania grupy tzw. gołębiarzy, czyli dywersantów, usadowionych na dachach, w zamaskowanych punktach, dogodnych do ostrzału rozległych celów.
Ponadto - co także nie do wybaczenia - organizatorzy nie uzgodnili powstania ani z aliantami zachodnimi, ani z aliantem wschodnim, a nawet ich o nim nie uprzedzili. „Było to - wg autora - zupełnie dzikie działanie, które nie miało żadnego zaplecza, a bez silnego wsparcia nie miało żadnych szans” (s. 61). Symptomatyczne było również to, że brygada spadochronowa gen. Sosabowskiego, która była szkolona na Zachodzie i która miała być rzucona dla wsparcia powstania narodowego, nie została użyta. Anglicy odmówili wysłania jej do Polski, a gen. Sosabowskiego odwołali z jej dowództwa pod zmyślonym pretekstem.
Moment przystąpienia AK w Warszawie do powstania został wybrany fatalnie. Niemcy, po przejściowym wycofaniu części swoich sił militarnych na zachód od miasta, przystąpili znów do umacniania swych pozycji w Warszawie lewobrzeżnej. Widomym tego dowodem był powrót na ten teren silnych jednostek Wehrmachtu, sygnalizowany przez wywiad KG AK. Bór-Komorowski zlekceważył te sygnały, uznając, że na odwołanie wydanego rozkazu jest już za późno. Henryk Ignaczewski, szef polowego wywiadu Okręgu Warszawskiego AK, obejmującego obszar między Wisłą, Modlinem i Bugo-Narwią, informował Chruściela, że w bitwie pod Radzyminem radziecka szpica pancerna (która - zdaniem Chruściela i Bora-Komorowskiego - miała rychło wkroczyć do Warszawy), została przez Niemców odrzucona o 100 km wstecz. Na domiar, zbliżające się od wschodu wojska radzieckie wyczerpały przejściowo swoje możliwości ofensywne w toku długiego marszu bojowego z Białorusi nad Wisłę. W związku z tym nie ma nadziei, aby Armia Czerwona dotarła do Warszawy, a konkretnie do Pragi, wcześniej niż za dwa tygodnie. Ale - po wysłuchaniu takiego meldunku szefa wywiadu podległego sobie Okręgu AK - gen. Chruściel odpowiedział: „Niestety, rozkaz do powstania na dzień jutrzejszy został już wydany i nie da się tego cofnąć” (s. 74). „Chruściel kłamał! Istniały bowiem dwie sieci łączności: normalna, czyli gdy jakiś oficer napisał rozkaż, łączniczka go wzięła i tego samego dnia czy na drugi dzień miała umówione spotkanie z inną łączniczką; ta druga brała od niej pocztę i zanosiła ją do swojego dowódcy (...). Ale oprócz tego istniała łączność alarmowa, która polegała na tym, że w ciągu godziny można było dotrzeć wszędzie, do każdej jednostki podziemnej. Była to głównie łączność telefoniczna z umówionymi hasłami” (tamże).
Zrzuty amerykańskie były przez długi czas jedyną pomocą dla powstania, ale nie mogły wystarczyć na jego potrzeby. Broń i amunicja z najbardziej masowego zrzutu, dokonanego z wielkiej wysokości trafiły aż w 80 proc. na pozycje niemieckie. A kolejne z pułapu niskiego, trafiały wprawdzie do powstańców, lecz nie mogły decydować o powodzeniu walk.
Dowództwo powstania - co z przerażeniem zakomunikowała Wilczurowi-Garzteckiemu łączniczka-szyfrantka ze sztabu - nie chciało, wbrew lansowanej potem wersji, pomocy ze strony Armii Czerwonej i 1. Armii Wojska Polskiego. Fakt ten znalazł także potwierdzenie w analizowanych przez autora książki po wojnie depeszach wymienianych między zbliżającym się do Warszawy sztabem 2. Frontu Białoruskiego (dowódca marszałek Konstanty Rokossowski) i sztabem powstańczym gen. Chruściela „Montera” (bo nominalnie było to powstanie Okręgu Warszawskiego AK, którego dowódcą był Chruściel). W depeszach ze sztabu Rokossowskiego, powtarzano: „Wskażcie nam cele do bombardowania”, a odpowiedzi ze sztabu „Montera”: były niezmienne: ”Potrzebujemy tylko zrzutów broni i amunicji, z Niemcami sami sobie poradzimy”. (s. 69-70). A przecież bomby lotnicze lub artyleria radziecka mogły zniszczyć tak groźne dla powstańców Warszawy rodzaje broni jak wielkokalibrowe działo kolejowe, wyrzutnie rakietowe typu „Nebelwerfer” (podobne do radzieckich „Katiusz”), czołgi i wozy pancerne.
Dowództwo powstania nie współdziałało tez z dwoma batalionami z 1. Armii Wojska Polskiego, przerzuconymi przez Rokossowskiego (bez uzgodnienia ze Stalinem) do lewobrzeżnej Warszawy. Jeden wylądował na Czerniakowie, drugi na Żoliborzu. „Normalnie i rozsądnie - zaznaczył autor książki - byłoby, że skoro do słabo uzbrojonych akowców dociera pełnowartościowy batalion, to należy go wciągnąć na swój teren i włączyć we wspólne działania. Tymczasem zostali zostawieni samym sobie! Nie podjęto z nimi nawet żadnej łączności” (s. 76). Był także rozkaz - z czego zwierzył się jeden z dowódców szczątkowego już batalionu powstańczego „Zośka” - nie podejmowania żadnej łączności z „berlingowcami” (to jest z żołnierzami 1. Armii WP dowodzonej przez gen. Zygmunta Berlinga), w razie ich wylądowania na terenia objętym powstaniem. W tej sytuacji Niemcy po prostu wyrznęli oba polskie bataliony, które wylądowały w lewobrzeżnej Warszawie. (por. tamże).
Zaniechania i stronniczość polityków i wojskowych polskich, którzy wywołali powstanie, umożliwiły hitlerowskim siepaczom zniszczenie stolicy państwa i wymordowanie wielkiej liczby jej mieszkańców. Nic zatem dziwnego, że wywołanie powstania warszawskiego, z takim przebiegiem i skutkami, spotkało się z ostrą krytyką ze strony ludzi zatroskanych nadrzędnymi wartościami dobra narodowego, a gen. Władysław Anders uznał je za akt zbrodni i zdrady narodowej. Plany Mikołajczyka, według których jego rząd miał objąć władzę w kraju tuż po oczyszczeniu Warszawy z Niemców przez siły powstańcze, spełzły na niczym; mógł przybyć do Warszawy dopiero po jej wyzwoleniu przez Armię Czerwoną i 1. Armię Wojska Polskiego i czasowo, jako wicepremier, uczestniczyć w Tymczasowym Rządzie Jedności Narodowej.


Powrót do poprzedniej strony