Jakie rządy PO?
- Powinowactwo ideowe z PiS


Poród rządu PO–PSL daje pewne podstawy do przewidywania, czego po tej koalicji można się spodziewać. Pierwsze skrzypce grać będzie Platforma. Ludowcy, choć „przystawką” nie będą, swoje miejsce w szeregu znają i kłopotów hegemonowi nie sprawią. Nie będzie POPiS-u. Partia Kaczyńskich zdołała wykopać między sobą a PO przepaść nie do zasypania. Prezydent też nie pomija żadnej okazji, aby dać Tuskowi poczuć przedsmak męczącej kohabitacji. Wrogie pomruki oraz impertynencje, towarzyszące przekazywaniu władzy, sielanki nie wróżą. Co ważniejsze – mimo nostalgii Gowina i paru innych polityków – platformersi przymierza z PiS nie potrzebują. Zdobyli przewagę, która pozwala wygodnie rządzić przy pomocy znacznie słabszego i spolegliwego koalicjanta, byliby zatem szaleni, wchodząc do klatki z żarłocznym tygrysem. Do blokowania weta prezydenckiego mają w rezerwie LiD. Niewykluczone są też sejmowe „odpryski” od PiS-u. Skoro w ubiegłej, bądź co bądź zwycięskiej dla Kaczyńskich kadencji, pojawiła się secesja Marka Jurka, to teraz, po klęsce, prawdopodobieństwo minirozłamów wzrasta.
Mimo to, Platforma może okazać się podatna na polityczne naciski tak spektakularnie pokonanego i osłabionego PiS. Z wielu powodów, strukturalnych i koniunkturalnych. Obie partie są dość jednorodne rodowodowo i programowo. Sformowały się z dalszych szeregów obozu posolidarnościowego, zmarginalizowanych w pierwszym etapie ustrojowego przełomu przez ówczesną awangardę „antykomunizmu” skupioną wokół UW. Obie wyrosły na krytyce jej niepowodzeń, a mówiąc dokładniej – ubocznych i nieprzewidywanych skutków społecznych transformacji. Obie mają cechy epigońskie, łakną głównie władzy, a tytuł do jej sprawowania znajdują nie tyle w ofercie na przyszłość, co w coraz bardziej oddalających się w przeszłość zasługach w walce z „komunizmem” i w politycznej mitologii tej walki. Różnice między nimi u zarania nie były wielkie, dopiero zajadła, dwuletnia bijatyka w rodzinie powiększyła je, po części wręcz wykreowała i sprawiła, że stały się istotne i ważne dla wyborców.
Dziś PO jest lepsza dla Polski i jej mieszkańców nie siłą konstruktywnej treści swego programu (ta pozostaje mało czytelna), lecz przez negację PiS-u; jest mniej niebezpieczna, mniej awanturnicza, bardziej normalna. Powinowactwo rodowe i ideowe z PiS da o sobie znać przede wszystkim w małej odporności PO na presję prawicowo-populistycznej demagogii. Silny ilościowo i wytrenowany w cynicznych zagrywkach klub Jarosława Kaczyńskiego, wspierany z Pałacu Prezydenckiego, będzie szachował Tuska i Pawlaka kłopotliwymi inicjatywami ustawodawczymi spod znaku „Polski solidarnej”, na sto sposobów mnożonymi wersjami becikowego. Trudno będzie się przed tym bronić partii, która nie ma własnego, spójnego projektu polityki, łączącej cele prorozwojowe z socjalnymi. PiS wprawdzie też go nie ma, ale w opozycji nie będzie to zauważane i konieczne. Inną, skuteczną linią natarcia staną się popłuczyny po krucjacie antykomunistycznej, wznowiona sprawa lustracji, deubekizacji, porachunkowych procesów sądowych, a także ustawiczne zakłamywanie historii, dewastujące świadomość i obracające w niwecz obietnicę szacunku dla państwa prawnego. PO ma małe szanse oprzeć się temu szantażowi, gdyż wymagałoby to wyrzeczenia się części własnych mitów założycielskich oraz innego, nacechowanego Realpolitik, spojrzenia na Polskę Ludową i konsekwencje 2. wojny światowej. Próżno na to liczyć, do tego potrzeba znacznie większej wyobraźni.
W najlepszym razie, Platforma zdobędzie się na połowiczność, co i tak oznaczać będzie poruszanie się po krawędzi prawa i bezprawia, bo lustrując, ścigając specpolicją IPN-u i w ogóle traktując znaczną część (choćby tylko jedną trzecią!) społeczeństwa jako obywateli drugiej kategorii, nie da się zapewnić komfortu prawnego pozostałym. Najłatwiej będzie odpierać naciski radykałów w polityce zagranicznej. Tu ich nacjonalistyczno-populistyczny ferwor napotyka na twardy opór materii, jest kontrowany i kompromitowany przez partnerów i rywali pospołu. Pewna nadzieja pozostaje też w instytucjach demokratycznych, takich jak samorząd akademicki w szkołach wyższych, samorządy korporacyjne i regionalne, także sądy. Okazało się, że instytucje te już się zadomowiły i potrafią przetrwać nawet bardzo trudne czasy. Są jeszcze sędziowie w Poznaniu! – chciałoby się sparafrazować okrzyk Fryderyka Wielkiego, czytając uzasadnienie decyzji sądu w sprawie aresztu i zatrzymania b. posłanki Sawickiej.
Jeśli obecna kadencja sejmu przetrwa cztery lata, co nie jest takie pewne, to pod jej koniec – w 2010 roku – upłynie dwadzieścia jeden lat od upadku realnego socjalizmu. Wiek taki od dawna uchodzi za ostateczną granicę dojrzałości i stanowi miarę pokolenia. Ta zatem kadencja sejmowa, pod rządami PO, ma szanse stać się już łabędzią pieśnią formacji posolidarnościowych i w ogóle całego pokolenia politycznego oraz wyobrażeń i idei wyrastających z konfliktów i rywalizacji 2. wojny światowej i jej zimnowojennego przedłużenia. Świat szybko o tym zapomina, ma przed sobą nowe i nie mniej poważne problemy. Trudno sobie wyobrazić, aby Polska – mimo skłonności do anachronizmu – mogła się temu prądowi oprzeć.


Powrót do poprzedniej strony